LLM-speak: kiedy ludzie zaczynają brzmieć jak maszyny
Coraz więcej tekstów brzmi tak samo, gładko, pusto i przewidywalnie. Co dzieje się z ludzkim językiem w epoce modeli językowych?
„Moje social media wyglądają coraz bardziej sztucznie, bo prawdziwi ludzie zaczęli mówić językiem modeli językowych” - powiedział Sam Altman, CEO OpenAI.
To zdanie wywołało spore poruszenie. Nie chodzi już tylko o to, że AI generuje miliony treści dziennie. Problem polega na tym, że my sami zaczynamy kopiować styl sztucznej inteligencji, nawet tego nie zauważając. I temu należy się chwila refleksji
Czym jest „LLM-speak”?
LLM-speak to nowy "gładki język" - maniera pisania charakterystyczna dla dużych modeli językowych (Large Language Models). Łatwo go rozpoznać przez perfekcyjnie gładkie frazy, mam luzu lub zbyt infantylny luz... uporządkowane punktatory, symetryczne zdania, w których każdy argument jest wyważony, brak emocjonalnych „zadziorów”, potknięć i luzu, o błędach stylistycznych i ortograficznych nawet nie wspomnę. Posty, komentarze i artykuły brzmią bardzo podobnie do siebie. I coraz trudniej ocenić, kto pisze, człowiek czy algorytm.
Historia lubi się powtarzać
To nie pierwszy raz, kiedy technologia zmienia nasz sposób mówienia i pisania.
- Druk Gutenberga (XV w.) - standaryzacja języka i ortografii, koniec lokalnych dialektów w piśmie.
- Gazety i radio (XIX–XX w.) - narodziny krótkiej, hasłowej narracji. Nagłówki zaczęły brzmieć jak slogany.
- Telewizja (po II wojnie światowej): język stawał się bardziej obrazowy i rytmiczny, dopasowany do przekazu audiowizualnego.
- SMS-y i komunikatory (lata 90. i 2000.): skróty, emotikony, slang cyfrowy. „LOL” czy „thx” weszły do codziennej mowy.
- Social media (2010+): storytelling w formie memów, wątki zamiast esejów, język algorytmu lajków i share’ów.
Każdy etap przyniósł ujednolicenie. Dziś dzieje się to samo, tylko szybciej i z większą skalą, bo AI nie tylko podsuwa wzorce, ale je masowo replikuje. Bo kiedyś na zmiany mieliśmy dekady, dziś wystarczy update aplikacji. W logistyce też to widzę. Oferty handlowe, maile od przewoźników, prezentacje, coraz częściej wyglądają jakby powstały z jednego szablonu. Profesjonalne? Tak. Zapamiętywalne? Już mniej. Klient naprawdę nie ma czasu czytać dziesiątej wersji tego samego maila.
Skąd się to wzięło?
Przede wszystkim dlatego, że AI stało się wzorem stylu. Coraz więcej osób korzysta z generatorów treści, żeby pisać szybciej, „ładniej” i bardziej profesjonalnie. Problem w tym, że nawet jeśli tekst powstaje ręcznie, to i tak podświadomie kopiujemy ten wzorzec. W efekcie wszyscy zaczynają mówić jednym głosem, tylko czasem jeszcze udając, że to ich własny ton.
Druga rzecz to same algorytmy platform. One premiują treści poukładane, krótkie, jasne. i logiczne. To właśnie takie posty dostają większy zasięg, więcej reakcji i częściej trafiają do feedów innych użytkowników. Naturalną konsekwencją jest to, że uczymy się pisać tak, jak działa system. I to nie przypadek, że te cechy idealnie pokrywają się z językiem, który generuje ChatGPT.
No i wreszcie trzeci czynnik: profesjonalizacja komunikacji. W świecie biznesowym każdy chce brzmieć ekspercko, bezpiecznie i wiarygodnie. AI podsuwa gotowy format, który spełnia te oczekiwania. Daje tekst poprawny, neutralny, idealnie wyważony, taki który na pewno nikogo nie urazi, a wygląda wystarczająco mądrze. Problem w tym, że właśnie przez tę „bezpieczną” estetykę zaczynamy brzmieć jak kopie siebie nawzajem.
Ryzyka dla komunikacji i biznesu
Według mnie największym problemem „LLM-speak” jest to, że odbiera komunikacji autentyczność. Teksty pisane zbyt gładko i bezbłędnie stają się niewidzialne. Czytasz je, kiwasz głową, ale po pięciu minutach nie pamiętasz ani zdania, bo nic nie zostawiło śladu emocjonalnego. Ludzie zapamiętują ton, energię i charakter, a nie perfekcyjne akapity.
Homogenizacja treści. Wchodzisz na LinkedIn czy X i masz wrażenie, że czytasz w kółko to samo. Punktatory, wnioski, te same „5 lekcji z życia CEO” albo „3 rzeczy, które zmieniły mój sposób pracy”. Treści zaczynają przypominać kopię-kopii, bez koloru i bez ryzyka. To zabija różnorodność i sprawia, że nawet świetny pomysł gubi się w masie podobnych postów.
I wreszcie, słabsze więzi. Komunikacja, która brzmi jakby wyszła z generatora, nie buduje relacji. Ludzie reagują na szczerość, emocje, czasem nawet na potknięcia. To właśnie one sprawiają, że czytelnik czuje: „to jest człowiek, nie algorytm”. Jeśli zabierzemy z tekstów te elementy, zostanie nam poprawny, ale zimny przekaz, a taki nie tworzy więzi ani lojalności wobec marki czy lidera.
Autentyczność jako przewaga, również w praktyce TSL
Paradoksalnie, w świecie coraz bardziej zdominowanym przez AI, to właśnie ludzki ton staje się przewagą konkurencyjną. Marki i liderzy, którzy zachowają własny styl, czasem mniej doskonały, z literówką, dygresją czy żartem, będą wyróżniać się na tle algorytmicznej masy. Teksty z charakterem, emocją i własnym głosem przebijają się mocniej niż perfekcyjnie sklejone akapity.
W TSL widać to na każdym kroku. Oferty handlowe i maile, które brzmią jak wygenerowane z tego samego szablonu, nie zostają w głowie. To właśnie one tworzą efekt "martwej oferty", poprawnej, ładnej, ale całkowicie bez życia. Klient czyta i zapomina pięć minut później, bo taka wiadomość nie pokazuje, że ktoś naprawdę zrozumiał jego problem.
"Żywa oferta" wygląda inaczej. To ta, która odnosi się do realnych wyzwań klienta i pokazuje doświadczenie firmy. Zamiast suchej tabelki z ceną i kilometrami, zawiera konkret, który udowadnia: rozumiemy Twoją sytuację i wiemy, jak podejść do tematu.Taka komunikacja od razu daje klientowi sygnał: po drugiej stronie jest człowiek, który zna realia i naprawdę rozumie jego potrzeby.
Employer branding działa podobnie. Kandydaci mają dość sloganów o „dynamicznych zespołach”. Lepiej działa pokazanie prawdy i codzienności, historii czy realnego case’u z życia firmy.
Nie chodzi jednak o to, żeby AI wyrzucić do kosza. Wręcz przeciwnie, narzędzia takie jak ChatGPT czy Gemini świetnie wspierają research, pomagają w strukturze czy w prototypowaniu procesów. Sama korzystam z nich codziennie, zarówno w procesach w firmie, jak i w tworzeniu nowych rozwiązań. Ale nigdy nie oddaję im końcówki. Podpis, pointa, przykład, to zawsze musi być mój głos. Inaczej całość byłaby tylko kolejną „ładną” treścią bez charakteru.
I tu stawiam kropkę
Być może to właśnie nasze niedoskonałości są tym, co dziś ma największą wartość. W świecie, w którym każdy może napisać „idealny” tekst w kilka sekund, to, co autentyczne, staje się rzadkie i dlatego cenne.
Altman ma rację: internet robi się sztuczny. Ale to my decydujemy czy chcemy dołożyć do tego cegiełkę, czy wyróżnić się tym, że brzmiymy… po ludzku. Bo może właśnie nasze niedoskonałości - literówki, dygresje, irytacje - są dziś tym, co jest najcenniejsze.
Ja wybieram tak, żeby było wiadomo, że to ja. Nawet jeśli nie zawsze perfekcyjnie, to zawsze prawdziwie. Bo w biznesie i w życiu - lepiej mieć ludzi po drugiej stronie, a nie kolejne klony. Ważne, żeby klienci i partnerzy wiedzieli, że po drugiej stronie jest człowiek nie algorytm. AI może usprawniać biznes, ale to relacje budują firmy.