ARLETA MARCZYŃSKA

Dlaczego zlecenie z 5% marży to nie sukces, tylko samobójstwo na raty?

Niska marża w zleceniach TSL to nie strategia przetrwania, to powolna likwidacja. Dlaczego polskie firmy spedycyjne nadal tak pracują?

Autorka
Arleta Marczyńska
Wydawca
LinkedIn
Data
min czytania
5

Od lat w polskim TSL krąży mantra „ważne, że się kręci”. Flota jeździ, spedytorzy mają co robić, coś tam zostaje, ktoś coś przeliczy w Excelu i jakoś to idzie. Klasyczne: nie jest idealnie, ale przynajmniej mamy ruch. Problem w tym, że ten ruch coraz częściej prowadzi prosto w przepaść. 5% marży, 4%, a czasem i 2%, to wciąż zdaniem wielu „lepiej niż nic”, ale jeśli spojrzymy na liczby, okazuje się, że to nie żaden zysk, tylko subtelna forma finansowego samobójstwa. Niewidoczna na pierwszy rzut oka, ale bardzo realna w codziennym cash flow.

Weźmy prosty przykład. Fracht za 1 000 euro, marża 5% – czyli 50 euro. Brzmi jak coś? Tyle że z tych 50 euro trzeba opłacić pracę operacyjną, systemy, księgowość, podatki, obsługę klienta, ewentualną windykację, plus wkalkulować ryzyko reklamacji, regresów i pomyłek. A przecież niskomarżowe zlecenia to zazwyczaj te najtrudniejsze. Mają więcej wyjątków, więcej telefonów, więcej błędów po stronie klienta lub przewoźnika, więcej do pilnowania, więcej do poprawiania. Kosztów, których nikt nie wpisuje do tabeli rentowności. Bo przecież „to tylko chwila”, „to tylko jeden wyjątek”, „to tylko jeden klient”. Tyle że z tych wyjątków buduje się cała strategia operacyjna. Strategia, która jest pułapką.

Zlecenie z 5% marżą może się zdarzyć. Rynek bywa brutalny, są sytuacje, w których świadomie rezygnujesz z marży, żeby utrzymać klienta, domknąć trudny tydzień, wykorzystać auto, uratować kontrakt. Ale to musi być wyjątek, a nie codzienność. Działanie na granicy rentowności, „żeby tylko utrzymać wolumen”, nie jest żadnym sukcesem, to desperacja, ubrana w narrację o lojalności i relacjach. Przez lata uczono nas w tej branży, że lepiej nie wybrzydzać, że klient i tak nie zapłaci więcej, że wszyscy tak jeżdżą. I w ten sposób rynek sam sobie obniżył standard. Nauczyliśmy klientów, że można mieć 24/7 serwis, dedykowanego opiekuna, dynamiczną obsługę i całą infrastrukturę w cenie kanapki z Orlenu.

Tymczasem koszty rosną i nie przestają. W 2025 roku płaca minimalna w Polsce wzrosła do 4626 zł brutto. Ubezpieczenia OC przewoźnika poszły w górę o 20% rok do roku. Rosną ceny systemów IT, licencji, audytów ESG, koszty compliance, inflacja usług technicznych, koszt rotacji ludzi w biurze, presja płacowa. Dochodzą do tego coraz większe wymagania dokumentacyjne, potrzeba automatyzacji, cyberbezpieczeństwo, integracje z giełdami, wymagania klientów korporacyjnych. To wszystko kosztuje. I tego nie przykryje 5% marży. Nie da się na niej ani zbudować firmy, ani utrzymać zespołu, ani wdrożyć narzędzi, ani rozwijać usług. To wystarczy, żeby przetrwać, ale tylko do momentu pierwszego większego problemu.

Nie chodzi o to, że każda firma ma mieć 50% marży (chodź to porządane) i systemy za milion. Chodzi o to, żeby wiedzieć, gdzie się stoi i żeby zarządzać tą wiedzą. Firmy, które dziś realnie zarabiają w TSL, mają kilka wspólnych cech. Po pierwsze: liczą. Nie intuicyjnie, tylko systemowo. Wiedzą, ile kosztuje godzina operacyjna, ile kosztuje obsługa klienta, ile trwa realizacja zlecenia i co generuje najwięcej pracy. Mają dane, a nie tylko poczucie. Po drugie: mają próg rentowności i naprawdę się go trzymają. Nie oddają wszystkiego za wszelką cenę, potrafią odmówić zlecenia, które nie ma sensu ekonomicznego. Po trzecie: automatyzują, gdzie tylko się da. Rejestracja zleceń, potwierdzenia, faktury, powiadomienia, windykacja, dashboardy, wszystko, co nie wymaga myślenia, powinno być zautomatyzowane. Ludzie mają reagować na to, co wymaga ich uwagi, a nie powtarzać te same kliknięcia 200 razy dziennie.

I wreszcie: potrafią sprzedawać wartość. Nie konkurują najniższą ceną, tylko przewidywalnością, jakością obsługi, brakiem reklamacji, szybkością reakcji. To jest coś, co klienci zaczynają doceniać. Ale trzeba to umieć nazwać, pokazać, policzyć i obronić. A do tego potrzebny jest margines. Czasowy, organizacyjny, strategiczny i finansowy.

Jeśli masz 5% marży, to nie masz marginesu. Jesteś zakładnikiem klienta, który wie, że i tak wszystko zrobisz, bo boisz się, że odejdzie. Jesteś zakładnikiem zespołu, który pracuje na granicy wypalenia. Jesteś zakładnikiem rynku, który przyspiesza szybciej niż Twoje możliwości dostosowania się. Jeśli nie podejmiesz trudnych decyzji dzisiaj, jutro rynek zrobi to za Ciebie. Bez sentymentów.

Branża transportowa ma to do siebie, że nie wybacza błędów. Jeden regres, jeden błąd adresowy, jedna nieprawidłowa dokumentacja i cała miesięczna marża z danego klienta potrafi zniknąć w ciągu kilku dni. A przy niskiej rentowności nie ma już gdzie tego złapać. Nie da się przełożyć kosztu na inną relację, bo inne relacje też są na styk. Zespół nie ma przestrzeni, bo cały czas działa w trybie bieżącego ratowania sytuacji. Nie ma miejsca na planowanie, na jakość, na usprawnienia. Zamiast firmy, budujemy call center z dokumentacją TMS-ową i napiętą linią do klienta.

I trzeba to wreszcie powiedzieć głośno: nie każda relacja z klientem się opłaca. Nie każdy wolumen się opłaca. Nie każde zlecenie ma sens, nawet jeśli daje obrót. Obrót nie jest równoznaczny z dochodem. Duże obroty przy niskiej marży oznaczają duże koszty i ogromną ekspozycję na ryzyko. I tak czasem trzeba klientowi powiedzieć „nie”. Tak, czasem lepiej, żeby odszedł. Bo klient, który nie zostawia żadnej marży, nie jest strategicznym partnerem, jest kosztem. Tylko trudno to przyznać, gdy firma żyje w mentalności byle jakoś to szło.

Tymczasem firmy, które się rozwijają mimo wszystko, w tym samym kraju, na tym samym rynku, mają jedną wspólną cechę: umieją liczyć. Mają świadomość kosztów. Potrafią mierzyć czas operacyjny, realną wartość klienta, całkowity koszt obsługi zlecenia. Nie działają na intuicji ani na czuja. Wiedzą, że godzina pracy spedytora kosztuje więcej niż kawa z Orlenu, że poprawki kosztują, że niedopatrzenia to realne ryzyko finansowe, że systemy trzeba utrzymywać, że jakość kosztuje, ale przynosi przewagę. I potrafią to wszystko przekuć w przewagę. Bo mają procedury, wiedzą, gdzie są ich limity, wiedzą, których klientów obsługiwać automatycznie, a którym dawać opiekuna. Potrafią mówić nie, potrafią stawiać warunki, potrafią rozmawiać o wartości, a nie tylko o cenie. I nie muszą każdemu wszystkiego udowadniać.

Nie chodzi o to, żeby mieć 30% marży na każdym zleceniu. Chodzi o to, żeby nie udawać, że 5% to sukces. Że można tak działać w nieskończoność. Bo nie można. Zespół się wypali, kasa się skończy, klient przestanie płacić, a rynek wejdzie z automatyzacją i sztuczną inteligencją, która zrobi to samo, tylko taniej, szybciej i z mniejszym błędem. Bez człowieka na słuchawce.

Trzeba więc zacząć od liczenia. Od ustalenia progu rentowności. Od analizy klientów. Od decyzji, które nie są wygodne, ale są konieczne. Bo czasem największym zyskiem jest to, czego nie robimy. To zlecenie, którego nie przyjmiemy. To klient, z którym zakończymy współpracę. To kierunek, którego nie ciągniemy na siłę, tylko dlatego, że kiedyś był rentowny.

Nie mamy wpływu na wszystko. Ale mamy wpływ na to, czy wiemy, gdzie tracimy. I czy potrafimy z tym coś zrobić.

A.M

Pierwotna publikacjaLinkedIn

Czytaj dalej

  1. 42Kim jest spedytor 2030 roku?Logistyka i TSLLinkedInlip 2025
  2. 43Oszustwa w branży TSLLogistyka i TSLLinkedInlip 2025
  3. 04Kraje trzecie i przekierowanie towaru do RosjiBiznesrestrikt.euwrz 2026